PUBLICYSTYKA SPORT

Jak Górnik przytarł rogi Czerwonym Diabłom

W 1968 roku Manchester United nie miał sobie równych. Czerwone Diabły brylowały w rozgrywkach Starego Kontynentu, pewnie sięgając po najważniejsze trofeum – Puchar Europy. Ekipa z Old Trafford przegrała tylko raz. Na Stadionie Śląskim. Ich rywalem był Górnik Zabrze, najlepsza w historii polskiego futbolu drużyna eksportowa.

Bobby Charlton, Alex Stepney, Nobby Stiles, no i oczywiście George Best. Nazwiska tych piłkarzy mimo upływu lat wciąż elektryzują. Wtedy nie mieli sobie równych. Ale gdy zabrzanie schodzili do tunelu, po wygranej (1:0) nad renomowanym rywalem z czerwonej części Manchesteru, gwiazdy z Wysp Brytyjskich utworzyły okazały szpaler, składając ręce do braw, którymi nagrodziły zabrzan.

 – To była reakcja piłkarzy Manchesteru na to, co zobaczyli. Raz, że dorównywaliśmy im umiejętnościami i dwa, że zachowywaliśmy się bardzo fair w tym meczu – wspominał po latach tamto spotkanie Włodzimierz Lubański.

28 lutego zabrzanie przegrali w Manchesterze dwoma golami (2:0), więc teoretycznie wszystko w rewanżu było jeszcze możliwe.

Bezpieka i cinkciarze

Drużyna Manchesteru United przyleciała do Polski dwa dni przed meczem. Bezpieka śledziła każdy krok gości. Odnotowano, że w ekipie znalazło się 20 piłkarzy, siedem osób towarzyszących, ale też 20 dziennikarzy. Z Anglikami, którzy zamieszkali w hotelu „Katowice”, próbowali nawiązać kontakt miejscowi cinkciarze, ale ponoć bezskutecznie. Przygotowaną atrakcją dla gości było zwiedzenie przed meczem Planetarium Śląskiego. Piłkarzy i trenera Matta Busby’ego interesował jednak przede wszystkim mecz i zmarznięte boisko. Bo też warunki do gry były ekstremalne. Nie było podgrzewanych boisk, nie było zadaszonych trybun, panowała minusowa temperatura, a boisko pokryte było  śniegiem. Padały określenia „Syberia”, zastanawiano się, czy arbiter dopuści do rozegrania rewanżu. Busby dzień przed meczem sugerował przełożenie terminu. Działacze MU chcieli pokryć koszty kolejnego przylotu i pobytu w Polsce, byle tylko nie grać na śniegu. – O normalnej grze rzeczywiście nie mogło być mowy. Aura była iście zimowa. Z drugiej strony warunki były równe dla obu zespołów – zaznaczał Lubański. Piłkarze mieli jednak wyjść na boisko.

Anglicy w polskim kinie na francuskim filmie

Piłkarze MU postanowili się nieco zrelaksować. Po wizycie w Planetarium i spacerze po Parku Śląskim, po południu udali się do katowickiego kina Kosmos. Oglądali  francuski film „Kobieta i mężczyzna”. Dzień później Kocioł Czarownic zapełnił się do ostatniego miejsca. Do dziś istnieją rozbieżności, ilu tak naprawdę widzów obserwowało to spotkanie. Plus minus była to liczba około 100 tysięcy osób.

 – Chyba nikt nie był w stanie zliczyć transparentów, którymi na trybunach powiewali kibice. A świadczyły one o tym, że za Górnikiem była cała Polska. Przykłady? „Nie pomoże Charlton łysy – gdy kibice są tu z Nysy”. (…) Pamiętajcie też górnicy, co Wam mówią zwolennicy. Szturmem bramkę atakować i trzy gole w nią wpakować… Łatwiej okazało się trzy gole… zrymować, niż zaaplikować Mistrzowi Anglii – tak obrazowo opisywał atmosferę na trybunach katowicki Sport.

Wielu kibicom, którzy oglądali mecz na Stadionie Śląskim albo w telewizji, zapadła w pamięć sytuacja z 70. minuty. Bramkarz Stepney złapał piłkę po rzucie rożnym, ale zwlekał z wprowadzeniem jej do gry. – Sędzia już wcześniej ostrzegł piłkarzy Manchesteru United, by nie grali na czas. Ukarał Stepneya, przyznając Górnikowi rzut wolny – opisywał John Maguire w książce „Manchester United – Busby’s Glory: The Winning Of The 1968 European Cup”.

Był to rzut wolny pośredni, z około 7-8 metrów. Cała drużyna United ustawiła się na linii bramkowej. Po krótkim rozegraniu mocno uderzył Stanisław Oślizło, ale nie przebił się przez mur. – Ale ten incydent zdezorganizował linię obronną United, a gol wydawał się nieunikniony – dodał Maguire.

I faktycznie, kilkanaście sekund później podopieczni Gezy Kalocsaia cieszyli się z bramki. Po dośrodkowaniu w pole karne piłka trafiła pod nogi Lubańskiego. Nie wahał się ani przez moment i posłał piłkę pod poprzeczkę. Jan Ciszewski, komentujący spotkanie, błędnie zidentyfikował strzelca, przypisując trafienie Romanowi Lentnerowi. Lubański, pytany w późniejszych latach o tę bramkę, wiele razy musiał prostować tę pomyłkę.

 – Byliśmy bliscy tego, żeby strzelić im tę drugą bramkę. Powinniśmy to zrobić – ubolewa Włodzimierz Lubański. – Jednak drugi gol dla Górnika, który oznaczałby konieczność rozegrania trzeciego meczu na neutralnym terenie (przy równym bilansie dwumeczu nie przewidywano wówczas dogrywki – dop. red.), już nie padł.

W pomeczowych wypowiedziach piłkarze z Wysp nie kryli, że Górnik napędził im sporo strachu.

 – Odetchnąłem z ulgą po końcowym gwizdku sędziego. Przegraliśmy z jedną z najlepszych drużyn europejskich, ale wyeliminowaliśmy ją, co uważam za nasz wielki sukces – komentował na gorąco po zakończeniu spotkania trener gości Matt Busby.

 – Nasza drużyna przeżywała ciężkie chwile. Sądzę, że gdyby Górnik trafił na Real, względnie Benfikę, miały szansę wyeliminowania którejś z tych drużyn – komplementował zabrzan George Best.

Zabrzanie odpadli z rozgrywek, ale Włodzimierz Lubański do dziś nie ma wątpliwości, że był to najlepszy mecz Górnika w europejskich pucharach, choć dwa lata później zabrzanie dotarli do finału Pucharu Zdobywców Pucharów, gdzie musieli uznać wyższość lokalnego rywala Czerwonych Diabłów – Manchesteru City. – Manchester United był czołową drużyną Europy z zawodnikami klasy światowej. Wygrał później ten Puchar Europy, a my byliśmy jedyną drużyną, która go pokonała – podkreśla legendarny zawodnik Trójkolorowych.

Górnik Zabrze tamtych lat był topową europejską drużyną. Dwumecz z Manchesterem United z perspektywy historii pojedynków Trójkolorowych na arenie międzynarodowej można traktować jako preludium do wydarzeń, jakie czekały sympatyków Górnika, któremu kibicowała wtedy cała Polska, mających miejsce dwa lata później. Zabrzanie po bojach z Romą awansowali w 1970 roku do finału Pucharu Zdobywców Pucharów. Żaden inny z rodzimych klubów nigdy nie zdołał powtórzyć tego wyczynu –

Stanisław Jaszczuk, radny Sejmiku województwa

/MAR/