SPORT

Kultowe mecze w Kotle Czarownic

Ten mecz przeszedł do historii jako jeden z naj-lepszych, jeśli nie najlepszy, jaki reprezentacja Polski rozegrała w Kotle Czarownic. 10 września 1975 roku 85 tysięcy widzów obserwowało jak biało-czerwoni rozbijają w puch mocarnych Holendrów, aplikując im aż cztery gole. I choć nasi zagrali wtedy koncertowo, na Euro rok później i tak nie pojechali.

Polska była wtedy medalistą mundialu. Holendrzy – wicemistrzowie świata – mieli znakomitą drużynę, której wizytówką był futbol totalny. Do dziś piłkarscy eksperci są zdania, że ekipa „Oranjes”, która miała w składzie Wima Jansena, Wim Suurbiera, Willema van Hanegema, Ruuda Krola, Johana Neeskensa, Rene van de Kerkhofa, a przede wszystkim Johana Cruyffa, wyprzedzała swoją epokę. Grala najpiękniejszy futbol na świecie.

Stawką meczu na Stadionie Śląskim były punkty w kwalifikacjach do mistrzostw Europy ’76. W grupie mieliśmy też wicemistrzów świata z wcześniejszego mundialu – Włochów. Awansować mógł tylko jeden zespół.

– Holendrzy przyjechali w najmocniejszym składzie. Co nazwisko, to gwiazda. Robili na nas wrażenie, choć po naszych pamiętnych bojach z Anglią, po zdobyciu medalu mistrzostw świata, już znaliśmy swoją wartość i nie baliśmy się nikogo na świecie – wspominał po latach Jan Tomaszewski.

 – Plotkowano, że Johan Cruyff po rozruchu na Śląskim łyknął sobie koniaku. Nie wiem, czy to prawda, ale jeśli tak, to pewnie na pobudzenie krążenia. Jak widać, ten gość mógł imponować pod wieloma względami – opowiadał z kolei na łamach Przeglądu Sportowego Henryk Wawrowski, wtedy piłkarz Pogoni Szczecin, który grał w tym pamiętnym spotkaniu.

Zmiana była również na środku obrony. Za niemający ze sportem wiele wspólnego występek półroczną dyskwalifikacją został ukarany Jerzy Gorgoń. Na cenzurowanym był także Andrzej Szarmach, ale odbywał karę w „zawieszeniu”. Trener Kazimierz Górski postawił na jednego z bohaterów Wembley, Mirosława Bulzackiego. Parę stoperów miał tworzyć z Władysławem Żmudą. Dostał zadanie szczególne.

 – Trener Górski dał mi takie zlecenie, ponieważ wiedział, że mam już w tym doświadczenie. Dwa lata wcześniej, tydzień przed meczem na Wembley, graliśmy w Rotterdamie z Holandią. Było 1:1, a ja całkiem nieźle radziłem sobie z kryciem Cruyffa – wspominał w Przeglądzie Sportowym Bulzacki.

– Gdy człowiek usłyszał ryk kibiców śpiewających Mazurka Dąbrowskiego, aż ciarki przeszły po plecach. Każdy był gotowy zostawić zdrowie na boisku, byle tylko dać zwycięstwo tym wszystkim ludziom – wtórował mu Grzegorza Lato, który w tym meczu strzelił pierwszego gola.

Przed przerwą było już 2:0. Antoni Szymanowski na 40. metrze momentalnie wznowił grę z wolnego po faulu rywali, podał do wychodzącego na czystą pozycję Roberta Gadochy, a ten dopełnił formalności.

Po zmianie stron Holendrzy rzucili się do odrabiania strat, ale ich zapędy ostudził Andrzej Szarmach, aplikując rywalom trzeciego gola. Trybuny wręcz niosły Polaków. Udawało im się dosłownie wszystko. W 74. minucie było już 4:0. Henryk Kasperczak zagrał do Szarmacha i van Beveren znów musiał wyciągać piłkę z bramki. Honorowego gola strzelił Cruyff.

 – Biało-czerwoni pokonali wicemistrzów świata w oszałamiających rozmiarach 4:1. Taka wiadomość dziś poszła na cały świat – mówił wzruszony Jan Ciszewski, komentujący to pamiętne spotkanie.

– Po paru latach spotkałem się z Cruyffem przy okazji meczu drużyny „Reszty Świata” i on sam wrócił do tego chorzowskiego spotkania. Powiedział: „Wiesz, dlaczego tak wysoko przegraliśmy? W życiu grałem na wielu stadionach, ale takiego kotła jak na Stadionie Śląskim nigdy wcześniej nie przeżyłem. Ten tumult przygniótł nas do ziemi”. Nie powiem, z satysfakcją słuchałem jego analizy – opowiadał po latach Tomaszewski.

Ten mecz przeszedł do historii z jeszcze innego powodu. Otóż Polacy mieli na piersiach… czerwone orzełki na białym tle, czyli dokładnie odwrotnie niż to być powinno.

Co do aspektu czysto sportowego, miesiąc później śmiech zamienił się w płacz. Wicemistrzowie świata powetowali sobie lanie w Kotle Czarownic, wygrywając 3:0.

Polacy mieli gorszy bilans bramkowy. I ostatecznie na Euro nie pojechali. Na udział w pierwszych mistrzostwach Starego Kontynentu musieli czekać do 2008 roku. Ale to już zupełnie inna historia…

/MAR/