PUBLICYSTYKA

W naszym domu żyło się Polską

Helena Baccichetti jest córką Wojciecha Sapety – dowódcy II i III Powstania Śląskiego grupy Imielin. Za udział w Powstaniach otrzymał odznaczenie – Krzyż Walecznych. W 1940 roku został aresztowany. Zginął w KL Auschwitz 12 czerwca 1942 roku. Jest patronem ulicy w Imielinie, przy której mieszkał.

Pani Heleno, proszę opowiedzieć o swoim domu rodzinnym, dzieciństwie
oraz młodości.

Mój dom rodzinny był i nadal jest w Imielinie. Znajduje się
przy ulicy, której patronem od 1977 roku jest mój tata Wojciech Sapeta.
Urodził się w Imielinie 7 kwietnia 1889 roku, podobnie jak moja mama oraz
piątka rodzeństwa: Florentyna, Wanda, Franciszek, Henryk i najmłodszy Bolesław. Ja także urodziłam się w Imielinie. Było to 15 lutego 1928 roku. Nasz dom znajduje się nieopodal pięknego parafialnego kościoła. Z okolicznych pagórków roztaczają się cudowne widoki. Wydarzenia z dzieciństwa i młodości pozostają żywymi wspomnieniami. W domu, chociaż żyło się skromnie, panowała ciepła atmosfera. Tata i mama Łucja tworzyli zgodne małżeństwo, przekazali dobre wzory. Decyzje podejmowali razem, ale to najczęściej mama miała rację, to ona rządziła w domu, była silną kobietą. Tata dbał o nasze wykształcenie, zarabiał na życie. Wspominam dom rodzinny jako miejsce bezpieczne i często wracam do lat trzydziestych ubiegłego wieku. To, co wtedy tam się zaczęło, ciągle we mnie trwa. To przedziwne, ale jestem przekonana, że przeszłość jest obecna w teraźniejszości i skończy się w przyszłości. Pamiętam, że często modliliśmy się wspólnie z rodzicami przed obrazem Świętej Rodziny. To jest ważna szkoła życia. Mieliśmy szczęśliwe dzieciństwo. Brałam udział w wydarzeniach patriotycznych, recytowałam wiersze lub śpiewałam piosenki. Rodzice byli wyrozumiali. Wspólnie chodziliśmy do kościoła na mszę święta.

Czy w domu mówiło się po polsku?
W naszym domu mówiło się tylko po polsku, chociaż moja mama znała też język
niemiecki. Czytała nam książki po polsku i może to niejednego zaskoczy, ale mieliśmy małą domową bibliotekę. Moi starsi braci chodzili do gimnazjum i zdarzało się, że nawet przy obiedzie Franek czytał książki. Florentyna, która także ukończyła gimnazjum, miała zamiar podjąć studia, jednak wojna uniemożliwiła zrealizowanie tego planu.

Czym zajmował się ojciec przed Powstaniami i po ich zakończeniu?
Mój tata przed Powstaniami Śląskimi pracował w kopalni w Mysłowicach, a po
powstaniach podjął pracę na kolei. Dodatkowo posiadał też uprawnienia
do badania mięsa po uboju i w tym zakresie świadczył usługi dla miejscowych
rolników. Pomagał razem z nami dziadkom w polu. Mieszkali niedaleko na Pasieczkach, często u nich bywałam.

Czy ojciec zawsze był propolski, skąd zainteresowanie Powstaniami?
Ojciec nas wychował po polsku i w jego sercu Polska odgrywała bardzo ważną rolę. W domu rodzinnym śpiewaliśmy pieśni patriotyczne, recytowaliśmy wiersze
okolicznościowe. W domu mówiło się o Polsce, żyło się Polską. Z opowiadań
wiem, że tata nie miał wątpliwości, kiedy podejmował decyzję o wzięciu
udziału w Powstaniach Śląskich. Trzeba powiedzieć, że brał udział w II i III
Powstaniu. Był komendantem Oddziałów Powstańczych z Imielina, Chełmu
Śląskiego, Kopciowic i Jelenia. Jak idzie o pobliski Jeleń, to tam powstańcy się
raczej ukrywali. Ojciec posiadał w domu mundur powstańca, szablę, strzelbę oraz
wiele innych pamiątek, między innymi pisma, pamiątkowe zdjęcia, dokumenty.
Za udział w Powstaniach został odznaczony Krzyżem Walecznych. W okresie międzywojennym często wspominał wydarzenia związane z Powstaniami. Dla niego udział w Powstaniach to był zaszczyt i nie myślał, że mógłby postąpić
inaczej. W latach dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku spotykał się
z kolegami, którzy także byli powstańcami. Te wspomnienia były żywe, a tata
był dumny z udziału w Powstaniach.

Ojciec był wymagający?
Podstawowe zasady, którymi żył i które nam ojciec przekazał, to kochać Boga i ojczyznę, nie wyrządzać krzywdy człowiekowi. Ojciec był pryncypialny. Pieniądze nie były takie ważne jak teraz. To był prawdziwy patriota, sumienny, solidny, pracowity człowiek o mocnym kręgosłupie moralnym. Wykształcenie i wiara to były dla moich rodziców fundamentalne sprawy. Zresztą po Powstaniach ojciec uczęszczał na kursy. Jak wspomniałam, jemu bardzo zależało na naszym wykształceniu. Florka miała pójść na studia, Franek kończył gimnazjum, a Heniek skończył szkołę powszechną. Ja także ukończyłam przed wojną 4 klasy szkoły, ale po 1939 roku jako polskie dziecko już do szkoły nie chodziłam. Rodzice dbali też o nasze wychowanie religijne. Po Powstaniach odbyli pielgrzymkę do Wilna, a w naszym domu mieliśmy wizerunek Matki Boskiej Ostrobramskiej.

Co mówiono w domu rodzinnym we wrześniu 1939 roku i jak na wybuch wojny zareagował tata?
Wtedy wszyscy byliśmy razem w domu. Był niepokój o przyszłość, tym bardziej że tata miał świadomość, że jak przyjdą Niemcy, to powstańcy nie będą mieli łatwego życia. W tamtym czasie rodzice bardzo liczyli na Anglię i Francję. Żyliśmy nadzieją, że się obronimy. Niestety rzeczywistość okazała się inna. Dlatego tata, we wrześniu 1939 roku, razem z kolegą Leonem Malorny zamierzał wyjechać do Anglii. Wtedy moja mama przekonała ojca, by jednak pozostał. Mam tą scenę przed oczami, kiedy mówi: „Wojtek, ty przecież nikomu nic złego nie zrobiłeś. Chcesz jechać tak daleko i mnie zostawisz samą z sześciorgiem
dzieci ?”. Po tych słowach tata zrezygnował z tego zamierzenia. Natomiast
Leon Malorny wyjechał do Anglii i po wojnie wrócił do Imielina. Faktem jest, że tata przed Niemcami uciekał na wschód. Jednakże pod koniec 1939 roku
wrócił do domu. Wtedy też zaczęły się przeszukania, Niemcy wpadali do naszego
domu o każdej porze dnia i nocy, chcieli odnaleźć dokumenty lub inne przedmioty związane z Powstaniami Przymusili też ojca do zdemontowania pomnika, który została zbudowany w Imielinie jeszcze przed wojną, na cześć powstańców. To
był trudny czas. W 1940 roku ojciec został zatrzymany i zamknięto go w więzieniu. Przebywał w pobliskich Kosztowach, gdzie został pobity. Następnie został wywieziony do Mikołowa, gdzie znajdował się mały obóz koncentracyjny. W listopadzie 1940 roku został przewieziony do KL Auschwitz i tam, po uprzednim upadku z dachu, 12 czerwca 1942 roku został zastrzelony. Florka, Franek i Hynek zostali wywiezieni na roboty do Niemiec, ale po wojnie wrócili do Imielina. Ja, Wanda i mama pozostałyśmy w domu. Z tym, że Wanda w 1940 roku wyszła za mąż. Chcę jeszcze wspomnieć, że po ucieczce taty przed Niemcami, mama zniszczyła wszystkie pamiątki, które były związane z Powstaniami. Pisma, zdjęcia, dokumenty zostały spalone, a cenne pamiątki, takie jak szabla, odznaczenia, zniszczyła. Wtedy to było konieczne i uzasadnione. Chodziło o ochronę kolegów-powstańców.

Kto powiadomił rodzinę o śmierci ojca?
O śmierci ojca dowiedzieliśmy się w czerwcu 1942 roku. Ja wtedy miałam 14 lat, a Bolek 11. Pamiętam, że dostaliśmy jakieś pismo. To z jego treści wynikało, że tata nie żyje. Tą smutną wiadomością podzieliliśmy się z najbliższą rodziną. Nie chciałam o tym mówić mamie, by jej nie zasmucać. Dokumenty dotyczące
omawianych przeze mnie wydarzeń znajdują się w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie. Chcę też podkreślić, że moja rodzina nigdy nie otrzymała żadnej pomocy ze strony organizacji kombatanckich w okresie PRL-u. Mam tutaj na myśli ZBOWiD. Nie otrzymaliśmy też żadnego odszkodowania od państwa
niemieckiego z tytułu poniesionych krzywd w czasie II wojny światowej.

To ciekawe, że w Imielinie poznała Pani swoje przyszłego
męża, który był Włochem.

Było to w czasie wojny. Moja siostra Wanda została skierowana do pracy w obozie, który znajdował się w Hołdunowie. Był to obóz pracy, w którym byli więzieni obcokrajowcy, w tym także Włosi zatrzymani przez Niemców jako jeńcy
wojenni. Mój przyszły mąż był dobrym krawcem. Dowiedziała się o tym moja
siostra. Chcę wspomnieć, że ten obóz pracy był chyba półotwarty, w każdym
razie zdarzało się, że Julio z niego wychodził. Pewnego razu przybył do naszego rodzinnego domu Włoch – Julio Baccichetti. Był to chyba 1944 rok. Tak oto poznałam w Imielinie prawdziwego Włocha. Ślub wzięliśmy w kościele parafialnym w Imielinie. Było to 22 maja 1948 roku, w sobotę o szóstej wieczorem (pani Helena się uśmiecha). Od tego czasu nazywam się Helena Baccichetti. Julio pracował na pobliskiej kopalni KWK Piast w Lędzinach. Jednak 15 sierpnia 1965 roku wyjechaliśmy z Imielina do Włoch razem z naszą 13-letnią córką Leonardą i tam pozostaliśmy. Mieszkaliśmy w Weronie, a potem nieopodal Turynu. Było ciężko, wszystko trzeba było zaczynać od nowa. Obywatelstwa polskiego nigdy się nie zrzekłam. Po śmierci męża i ponad pięćdziesięciu latach spędzonych w pięknej Italii postanowiłam powrócić do swojego Imielina – miejsca, gdzie wszystko się zaczęło.

Jaka jest Pani recepta na długie i szczęśliwe życie?
Miłość, zgoda i zdrowie – to jest w życiu najważniejsze. Moja mama często powtarzała, że o to trzeba się modlić i ja tak czynię każdego dnia. Może dlatego tak długo żyję.

Dlaczego zdecydowała się Pani powrócić do Imielina?
Wróciłam do Imielina, bo kocham Polskę, kocham „imieloków” i tutaj chcę być pochowana. Każdy mieszkaniec Imielina to dla mnie siostra i brat. W Italii spędziłam ponad pięćdziesiąt lat swojego życia, ciepło wspominam
ten czas, piękne miejsca, ale to nie Imielin. Córka ze swoją rodziną żyje w Turynie
i prawie codzienne po polsku rozmawiamy, a z wnuczkami i prawnuczkami rozmawiam już tylko po włosku.

Co chciałaby pani przekazać dzisiejszej młodzieży,
co w życiu jest ważne?

W życiu należy kierować się rozumem i sercem. Praca, nauka, modlitwa – to podstawowe sprawy dla człowieka. I jeszcze jedna, bardzo ważna rzecz. Proszę pamiętać, że uganianie się za „słodyczami życia”, za pieniądzem, nie czyni człowieka szczęśliwym, to może nawet unieszczęśliwiać. Tak sobie myślę, że to jest najważniejsze. Trzeba się starać być jak najlepszym, stawiać sobie wymagania.

rozmawiał Tomasz Knapik